„Chodzimy po rozżarzonych węglach” – wywiad z Robertem Płaziakiem, dyrektorem SP ZOZ w Lesku (FILM, ZDJĘCIA)

|

LESKO / PODKARPACIE. Wywiad z Robertem Płaziakiem, dyrektorem SP ZOZ w Lesku.

Dorota Mękarska

Objął Pan stanowisko dyrektor 2,5 roku temu, w trudnym momencie dla leskiego szpitala: po odwołaniu Wiesława Kuzio z funkcji dyrektora, protestach pracowniczych i okresie tymczasowości, który nastał po zmianach personalnych.

rp

Robert Płaziak, dyrektor SP ZOZ w Lesku

– Zwykle obejmuje się stanowisko, przed, w trakcie, albo tuż po trudnych momentach dla instytucji takiej jak szpital. Sytuacja SP ZOZ w Lesku jest nadal trudna, a wtedy była bardzo trudna, może nawet dramatyczna: prawie 5 mln zł wymagalnych zobowiązań, nie zapłacone należności do ZUS i urzędu skarbowego, prawdopodobne ograniczenia w wynagrodzeniach pracowników. W pierwszych miesiącach mojej pracy powstał program naprawczy, który składał się trzech części finansowej, organizacyjnej i inwestycyjnej. Część założeń programu udało się zrealizować, części nie i być może nigdy się nie uda. Jeżeli program naprawczy jest realizowany w 60% to już jest sukces. Zmiany zaczęliśmy od finansów. Podjęliśmy rozmowy z bankami, ale żaden z nich nie chciał nam udzielić kredytu na konsolidację zobowiązań w kwocie 6 mln zł, głównie z uwagi na stan finansów. Ogłosiliśmy przetarg. Zgłosiły się parabanki. Czasami nie ma innego wyjścia i trzeba z nich skorzystać, tym bardziej że dawały oprocentowanie na poziomie niewiele wyższym niż to, które można uzyskać w banku a na pewno niższym niż odsetki od zobowiązań wymagalnych. Sytuację udało się opanować w lutym 2015 rok, jednak cały czas chodzimy po rozżarzonych węglach. Nam udało się „oswoić długi”, nie zmienia to jednak faktu, że nadal są i trzeba je spłacać. To działanie muszą iść w parze ze zmianami. Jedną z nich było zwiększenie kontraktu. Kolejny element to zmiany organizacyjne, w trakcie których jesteśmy. Cały czas również podejmujemy kroki związane z próbą przesunięcia środka ciężkości na lecznictwo zachowawcze i długoterminowe przy pełnej ochronie dotychczasowej działalności.

Co to oznacza w praktyce?

– Należy sobie zdawać sprawę, że nie każdy szpital może być szpitalem ostrym, takim jak np. szpital w Sanoku, który jest szpitalem specjalistycznym. Lesko ma też znamiona takiego szpitala. Mamy doskonale wyposażone z bardzo dobrą kadrą oddziały: ratunkowy, intensywnej terapii, chirurgii ogólnej z pododdziałem ortopedycznym. Są to jednak oddziały wymagające dużych nakładów. Wystarczy drobne tąpnięcie, tak jak w przypadku ginekologii i położnictwa u naszych sąsiadów, i już takiego oddziału nie ma. Od 1 czerwca b.r. uruchomiliśmy Dzienny Oddział Leczenia Zdrowia Psychicznego w oparciu o dobrze przygotowany personel, przede wszystkim udało nam się pozyskać lekarzy psychiatrów, którzy chcą u nas pracować. W planach jest utworzenie oddziału całodobowego. Ta działalność rozwija się dobrze, ale jeszcze nie przynosi zaplanowanych przychodów. Ważne jednak jest, że pomagamy pacjentom. W perspektywie, jeżeli rozszerzymy tę działalność możemy liczyć, że na obszarze trzech sąsiednich powiatów staniemy się centrum leczenia zdrowia psychicznego oraz leczenia uzależnień. Planujemy rozszerzenie działalności dotyczącej zdrowia psychicznego i uzależnień nie tylko w ramach jednego powiatu. Mamy już przygotowaną kadrę i pomieszczenia. Próbujemy odbudować podstawową opiekę zdrowotną w ramach naszej jednostki. Na początku roku otworzyliśmy w naszych strukturach ośrodek POZ. Mamy już sporą liczbę pacjentów. Planujemy dalsze działania w tym zakresie. Świadczymy usługi w ramach nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej, co stanowi całość z usługami SOR i POZ. Dodatkowo SP ZOZ w Lesku przez 69 dni świadczył usługi w ramach ratownictwa medycznego na wodach zalewu solińskiego. Może komuś się wydawać że była to mała sprawa, ale kosztowała nas bardzo dużo pracy. Było to coś zupełnie nowego, a nasi pracownicy doskonale dali sobie radę. Ich pracę należy ocenić bardzo dobrze. 

W tej chwili nie nastawiamy się jednak na jak najlepszy wynik finansowy, ale na bieżące utrzymaniu i planowe rozszerzenie działalności. Nie możemy popełnić takiego błędu, jak inne jednostki, które robiły oszczędności do granic możliwości. Nie wynik finansowy determinuje dzisiaj działanie.

Języczkiem u wagi nie są pieniądze, ale personel?

– Przez wiele lat nie dbaliśmy o kadry. Proszę popatrzeć na średnią wieku personelu, w szczególności lekarzy i pielęgniarek, która oscyluje w pobliżu pięćdziesiątki, a często ją przekracza. Nastawiamy się na kształcenie ustawiczne, współpracujemy z PWSZ w Sanoku i PUP w Lesku w tym zakresie. Od ubiegłego roku szkoliliśmy ponad 200 osób na różnych kursach i szkoleniach niezbędnych w codziennej pracy.

Niech Pan nie mówi, że nie dbano o lekarzy!

Zapewne chodzi Pani tylko o pieniądze. Lekarz jest w tej chwili „dobrem deficytowym”. Na tym terenie po prostu ich brakuje.

To dlaczego był taki opór, by otworzyć kierunek lekarski w Rzeszowie?

– To nie jest pytanie do mnie. Dzisiaj nie mamy wielkiego wpływu na to, żeby pojawiło się tu więcej lekarzy. Musimy stać się w jakiś sposób atrakcyjni. Mogą to być pieniądze, ale jest to ważne do pewnego stopnia i na pewno nie tylko one determinują możliwość pozyskania lekarzy specjalistów. Dla młodych lekarzy Bieszczady to na pewno nie jest miejsce pierwszego wyboru. Duże ośrodki oferują możliwość kontaktu z nowoczesną medycyną, pozwalają na kształcenie, oferują rozwój zawodowy. Często w dużych ośrodkach lekarzy jest po prostu dużo. Widzi więc Pani, że nie tylko pieniądze determinują możliwość pozyskania lekarzy. Pierwszy lekarz, który ukończy uczelnię w Rzeszowie, skończy specjalizację i będzie gotowy do podjęcia pracy, dotrze do nas może za 8 do 10 lat, a wtedy może być za późno.

Jak szpital w Lesku skorzystał na zamknięciu w Sanoku ginekologii i położnictwa?

– Nie skorzystaliśmy. Przygotowywaliśmy się do tego, aby mieć więcej pacjentek, bez zabierania pracowników z Sanoka. Obecnie pracujemy w takim samym składzie, jak przed zawieszeniem oddziałów w Sanoku. Z pomocą gmin, Lesko, Olszanica, Solina, Baligród i powiatu leskiego zmodernizowaliśmy trakt porodowy.

Ile macie porodów w tej chwili?

– Mamy już około 300 urodzeń na dzisiaj, a na koniec roku będzie ich od 350 do 370, czyli o ponad 150 więcej niż przed rokiem. W ubiegłym roku były 202 urodzenia. To jednak wciąż za mało. Oddział ma możliwość funkcjonowania, przy liczbie minimum 600 urodzeń. Ta granica 600 porodów zostanie kiedyś wyegzekwowana przez NFZ, czy instytucję, która po nim nastąpi. Perspektywa funkcjonowania oddziału przy 350 porodach nadal jest niepewna. Jeżeli Sanok się nie odbuduje, to w następnym roku porodów będzie jeszcze więcej. Na dzisiaj oszacowaliśmy granicę naszych możliwości lokalowych i personalnych na trochę ponad 450 porodów w roku. Czekają nas więc trudne decyzje.

8

Liczby nie kłamią, więc proszę sytuację szpitala w Lesku przedstawić w liczbach?

– Pozwolę sobie nie zgodzić się z postawioną tezą. Liczby najczęściej nie oddają faktycznej sytuacji. To nie liczby determinują ciągłość funkcjonowania szpitala. Dwa lata i rok temu nastawialiśmy się na jak najlepszy wynik finansowy, próbując odbudować fundusze, ale stwierdziliśmy, że może to spowodować więcej problemów niż korzyści. W tym roku i latach kolejnych nastawiamy się na zgromadzenie i przygotowanie personelu, aby szpital mógł nadal funkcjonować. Oczywiście wynik musi być bezpieczny, by nie powodował problemów dla organu założycielskiego.

Czy można szpitale w Lesku, Sanoku i Ustrzykach porównać do siebie?

– Nie da się, każdy ma inny potencjał, każdy funkcjonuje w innych warunkach.

Czy stać nas na trzy szpitale?

– W mojej opinii przychodzi czas, że osobno nie będziemy mogli funkcjonować, a na dzisiaj razem nie możemy.

Dlaczego nie możecie?

– Ustawa o działalności leczniczej determinuje, że właścicielem podmiotu leczniczego może być tylko jeden samorząd. To stanowi poważny problem.

To nie wyklucza stworzenie fuzji.

– Nie wyklucza. Dyrektorzy mogą usiąść do rozmów, stworzą wspólny program, ekonomicznie uzasadniony, zwiększający efektywność wykorzystania posiadanego potencjału, uwzględniający synergię połączenia działań poszczególnych jednostek i wtedy decyzje mogą być podejmowane.

To co jest czynnikiem hamującym? Społeczeństwo?

– Nie chcę, by to tak wybrzmiało. Decyzje są podejmowane na szczeblu samorządu. Nie są w gestii dyrektora. Jak tworzymy coś nowego to wszyscy są na „tak”, ale jak przychodzi do likwidacji to zaczyna się stres.

Co musi się stać, żeby doszło do tego połączenia? Czy musimy dojść do ściany?

– Już jesteśmy pod ścianą.

Proszę to pojęcie zdefiniować.

– Ta ściana to czynniki ekonomiczne i personalne. Każdy szpital ma duże zobowiązania, w tym często wymagalne. Wiele jednostek od szeregu lat nie ma dobrego wyniku finansowego. Brakuje personelu, konieczne są inwestycje. Każdy z nas boryka się z podobnymi problemami. Ogranicza się obsadę do minimum. Brakuje lekarzy specjalistów. Z uwagi na brak lekarzy i ograniczenia wynikające z prawa pracy obsadzenie dyżurów jest sztuką. Na tle innych, szpital leski na chwilę obecną ma się dobrze, ale nie jest też tak, że można spać spokojnie.

Co oznacza „dobrze”?

– To jest życie z miesiąca na miesiąc. Nie ma pewności finansowania. Od 2014 roku umowy aneksowane są co pół roku, a szpital umowy o pracę zawiera bezterminowo, a kontrakty z podwykonawcami na co najmniej rok.

Jak przełamać ten impas?

– Są dwa rozwiązania. Teoretycznie, pierwsze to uwolnić usługi medyczne. Wtedy najlepszy sobie poradzi. Ale na to nie ma szans, a efekty dla pacjentów mogą być wątpliwe.

Nie ma na to szans, ze względu na polityków?

– Nie, nie jesteśmy na to po prostu przygotowani. Drugie rozwiązanie to działanie planowe, należy usiąść do stołu i rozmawiać, ale podejście musi być pragmatyczne. Dzisiaj każdy dba o siebie, każdy próbuje wyrwać swój kawałek tortu. Konkurujemy nie tylko z podmiotami prywatnymi, ale i między sobą. To jest błąd. Każdy z nas próbuje płynąć osobno i wszyscy bierzemy wodę.

Czy Pana zdaniem decydenci mają świadomość, że szpitale już toną?

– Myślę, że są świadomi, że sytuacja szpitali nie jest najlepsza.

Mówi Pan, tak jakby za chwilę groziła nam katastrofa.

– Nie mówmy, że nic się nie stało, bo stało się. W Sanoku oddział ginekologiczno–położniczy jest zawieszony. U nas ilość personelu na razie pozwala na funkcjonowaniu, ale niech, chociażby z przyczyn losowych, wypadnie jakiś lekarz. Dla przykładu, aby utrzymać funkcjonowanie oddziału internistycznego w sąsiednim szpitalu w Ustrzykach Dolnych nasi lekarze w okresie wakacyjnym tam pracowali. Sytuacja jest naprawdę trudna. Można powiedzieć, że tańczymy wszyscy na cienkim lodzie.

Szpitale upadną?

– Nie. A na pewno nie wszystkie naraz, bo jak upadnie coś w jednym miejscu, to w drugim się odbuduje. Natura nie toleruje pustki.

Może musi do tego dojść? Wymusi to konieczne decyzje.

– Dlaczego zawsze musimy budować na zgliszczach?

Dzięki temu zostanie zbudowany wspólny model funkcjonowania.

– Ten model już istnieje. To nic nowego. Napisany został wspólny projekt, w którym połączyliśmy nasze starania. Sanok miał składać wniosek na blok operacyjny. My mieliśmy przebudować blok i tworzyć opiekę długoterminową. Ustrzyki miały wziąć na siebie opiekę paliatywną, ponadto Sanok ginekologię i położnictwo z drugim stopniem referencyjności.

Może ten projekt trzeba odkopać?

– My ten projekt cały czas realizujemy. Po drobnych modyfikacjach, biorąc pod uwagę sytuację bieżącą, jak również czynniki demograficzne. Nie nastawiamy się za wszelką ceną na to, by być szpitalem ostrym. Chcemy jednak utrzymać dotychczasową działalność i rozwijać się w kierunku opieki długoterminowej i psychiatrycznej. Zaprojektowaliśmy cały szpital na nowo. Mamy pozwolenia na budowę wydane w oparciu o projekt budowlany bloku operacyjnego z geriatrią i gabinetami specjalistycznymi, garaży i pomieszczeń socjalnych oraz zagospodarowania przestrzeni wokół szpitala. Kształcimy geriatrów. To wszystko jest zgodne z tym, co było zaplanowane. Nasze plany idą dalej. Mamy w powiecie niewykorzystane budynki oświatowe, w oparciu o które chcielibyśmy realizować opiekę długoterminową. Nie można się jednak narzucać się na siłę ze współpracą. Kiedy podejmowałem pracę w Lesku otrzymałem prosty przekaz: utrzymać szpital. To staram się robić. Obecnie nasz projekt na rozwój ratownictwa jest w trakcie oceny, chcemy również wystąpić o środki na poprawę sprawności energetycznej.

Dlaczego ten projekt nie był realizowany?

– Był już napisany, ale pojawiły się duchy przeszłości, których nie rozumiem.

To co będzie dalej?

– Albo zrodzi się jednostka, która będzie wiodąca, albo zadziała pragmatyka finansów i w końcu usiądziemy do rozmów i zaczniemy współpracę.

Czy to Sanok jest skazany na rolę lidera?

– Potencjał zobowiązuje. Na razie wydaje się, że tak. Ale my też chcielibyśmy w tym uczestniczyć aktywnie. Mam nadzieję że nie będzie to liderowanie na zasadzie garnięcia do siebie.

Takie właśnie myślenie stanowiło zawsze czynnik hamujący.

– Na pewno możemy się dogadać, tylko żeby były chęci. Mam głęboką nadzieję, że ten czas nastąpi. Największy potencjał ma niewątpliwie Sanok. My jako nieduży szpital możemy konsolidować niektóre działania. Poniekąd już to robimy, ale nie na zasadzie wydzierania. Gdy zawieszone zostały oddziały w Sanoku mogliśmy sięgnąć po kadrę, ale nie zrobiliśmy tego. Dopiero w tej chwili próbujemy ją zgromadzić wokół naszego szpitala, bo jeżeli tego nie zrobimy, to ją stracimy bezpowrotnie.

Jest nadzieja, że wszystko się odbuduje?

– Tak, ale na to potrzeba prawdziwej woli współpracy i tyle samo czasu, ile to się psuło.

Źrodło: P24.PL

fot. Marek Wojnarowski