Po zabójstwie w Witryłowie: Dlaczego doszło do makabrycznej zbrodni?


WITRYŁÓW / GMINA DYDNIA. Mieszkańcy Witryłowa, gdzie w zeszłym tygodniu doszło do potwornego podwójnego morderstwa zadają sobie pytania: dlaczego? Co pchnęło młodego człowieka do zabójstwa ojca i matki? Rodzina Macieja B., który dopuścił się tej strasznej zbrodni cieszy się w Witryłowie dobrą opinią.

– To była normalna, spokojna, dobrze funkcjonująca rodzina – podkreśla Teresa Szelest, kierownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Dydni. – Nie było żadnych sygnałów, że coś złego w niej dzieje się. Rodzice pracowali, wychowali trójkę dzieci, które były już dorosłe. Pomoc społeczna nie miała żadnego powodu, by ingerować w tę rodzinę.

To był zwykły chłopak

Witryłów to niewielka miejscowość w gminie Dydnia. Liczy niecałe 200 numerów. W ostatnich latach wieś zaczęła się wyludniać, bo na miejscu pracy nie ma a do większych miast jest daleko. Maciej B. został przy rodzicach, ale pracował w Sanoku, w jednym z większych sanockich zakładów. Zresztą wszyscy członkowie rodziny mieli zatrudnienie. Matka Macieja B. pracowała w sklepie, kiedyś w Witryłowie, a ostatnio we wsi Końskie. Z tej racji, że stała za ladą wszyscy ją znali. Na dodatek była to bardzo życzliwa ludziom osoba. Do każdego klienta zagadała i uśmiechnęła się. Jej mąż, Adam, pracował w zakładzie Stomil Sanok jako elektryk. Z racji swojego wykształcenia często oddawał ludziom we wsi drobne przysługi, naprawiał elektryczny sprzęt i dłubał w elektryce, jak coś zepsuło się.

Małżonkowie wychowali trójkę dzieci. Mieli bliźniaków, w tym Maćka i jego siostrę studentkę oraz starszą zamężną córkę. Ta ostatnia mieszkała z mężem i dziećmi z rodzicami, ale niebawem miała się wyprowadzić do nowego domu.
Wydawało się, że w rodzinie wszystko układa się pomyślnie. Biedy na pewno w niej nie było, bo prawie każdy miał pracę i własny dochód. Członkowie rodziny byli przez sąsiadów postrzegani jako życzliwi, spokojni ludzie.

– Pani Lucynka często pomagała w różnych uroczystościach, dniu matki, czy dniu babci i dziadka – mówi jedna z sąsiadek. – Chodziły słuchy, że mają problemy z synem, ale wiadomo jak jest z nastolatkami. Każdy kto ma dzieci wie, że w tym wieku są problemy, bo jest to okres dorastania i buntu, ale to był zwykły chłopak.

Szli i śpiewali kolędy

Maciek skończył gimnazjum we wsi Końskie, a potem poszedł do szkoły w Sanoku.  – Jego rodzice zawsze kładli nacisk na naukę – mówi mieszkanka Witryłowa. – Siostry Maćka uczyły się bardzo dobrze, a dzieci nie mogły hasać po polach i chodzić, gdzie im się żywnie podobało. Wydaje mi się, że z matką Maciek miał dobre kontakty. Jeśli był jakiś konflikt, to bardziej z ojcem.

Syn nie był na garnuszku rodziców. Przez jakiś czas pracował za granicą, a ostatnio w Sanoku. Kupił sobie samochód i zrobił prawo jazdy. Nie nadużywał alkoholu. Koledzy często korzystali z jego usług jako kierowcy podczas zakrapianych imprez. W pracy wśród kolegów cieszył się opinią spokojnego człowieka.

Do tragedii doszło w zeszły czwartek, choć wcześniej nic na to nie wskazywało. Jeszcze w Wigilie ludzie widzieli, jak chłopak wracał z matką z Pasterki. Szli i śpiewali kolędy.

Tragicznego dnia 22-latek najpierw zaatakował siekierą swojego ojca, a potem matkę, trzymającą w tym czasie na rękach 5-letnią wnuczkę.
– Na szczęście młodsze dziecko nie będzie pamiętać tej tragedii, ale starsze wszystko widziało – przeżywa sąsiadka. – Ta dziewczynka już wszystko rozumie. To będzie dla niej trauma do końca życia.

Zabił, bo…

Z przebiegu zdarzeń przedstawionych do tej pory przez prokuraturę, widać, że chłopak działał z przerażającym zamiarem pozbawienia życia rodziców. Gdy zorientował się, że ojciec jeszcze żyje, poszedł po ostrzejszą siekierę, by go dobić. Okrucieństwo tej zbrodni poraża i każe zadać pytanie: dlaczego?

– Wiele osób zadaje sobie to pytanie. Dla nas wszystkich to jest szok – dodaje Teresa Szelest.

Maciej B. podczas przesłuchania przyznał się do popełnienia przestępstwa.

Awantura zaczęła się od zdemolowania przez chłopaka własnego pokoju. Ojciec na to zareagował i słowna utarczka przeobraziła się w bójkę miedzy ojcem a synem, która przeniosła się z domu na zewnątrz. Wtedy młody człowiek zaatakował rodziciela siekierą. Zadał mu kilka ciosów, uderzając po całym ciele. Potem syn zaatakował matkę, która trzymając wnuczkę na rękach zaczęła uciekać. Dopadł ją wewnątrz domu i powalił kilkoma ciosami siekiery. Po wszystkim zaprowadził dzieci do osobnego pokoju i z powrotem wrócił do swoich ofiar, dobijając ojca.

Zaniepokojeni odgłosami sąsiedzi wezwali służby ratownicze. Na miejscu zdarzenia zjawiła się też policja. Funkcjonariusze zastali młodego człowieka siedzącego jakby nigdy nic z dziećmi. Na widok mundurów młody człowiek zdenerwował się i próbował uciekać, ale został obezwładniony i zatrzymany.

Śledztwo od prokuratury brzozowskiej przejęła Prokuratura Okręgowa w Krośnie. W zeszły piątek ostawiono zatrzymanemu trzy zarzuty, w tym zabójstwa matki i ojca ze szczególnym okrucieństwem oraz posiadania narkotyków, gdyż podczas przeszukania znaleziono u niego 10 g marihuany. W sobotę 31 grudnia Sąd Okręgowy w Krośnie przychylił się do wniosku prokuratury o zastosowaniu wobec Macieja B. środka zapobiegawczego w postaci aresztu na okres 3 miesięcy. Podejrzany złożył już wyjaśniania. Prokuratura nie ujawnia ich treści. Wiadomo tylko, że przyczyną tej tragedii mógł być konflikt miedzy synem a rodzicami, ale nic więcej nie wiadomo.

– Trzeba czasu, by wszystkie okoliczności precyzyjnie ustalić. Żadne dywagacje nie wchodzą w grę – podkreśla prokurator Beata Piotrowicz, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Krośnie.

Możemy tylko zmówić modlitwę

Mieszkańcy Witryłowa próbują jakoś racjonalizować tę zbrodnię, bo nie mogą uwierzyć, że niechęć dziecka mogła doprowadzić do tak przerażającej zbrodni na rodzicach. We wsi słuchać przypuszczenia, że chłopak mógł zażywać dopalacze.

– Musiał być po dopalaczach, bo w telewizji słyszy się, że mogą wtedy wystąpić jakieś zwidy. Wyniki badań toksykologicznych wykażą prawdę – uważa sąsiadka. – Każdy z nas chciałby wiedzieć, co się stało. Tylko Maciek zna odpowiedź na to pytanie, ale też nie wykluczam, że sam tego nie wie.

Sąsiedzi i znajomi rodziny, a także obcy ludzie od dnia tragedii, myślami są z ofiarami, sprawcą i pozostałymi przy życiu członkami rodziny. Na różańcu stawiła się w kościele cała wioska.

– Co możemy im ofiarować w takich sytuacji? – pyta mieszkanka Witryłowa i odpowiada sama sobie natychmiast. – Tylko modlitwę.


ZOBACZ RÓWNIEŻ:

Walił siekierą na oślep. W domu w tym czasie były dzieci